Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 października 2015

Wielkie greckie wakacje, czyli Finikounda i okolice.

W tym roku zaszaleliśmy :-)
We wrześniu został mężowi urlop do wykorzystania i zastanawialiśmy się gdzie pojechać, jak go wykorzystać. Ponieważ w czerwcu byliśmy dwa tygodnie w górach, chcieliśmy pojechać w inne miejsce, najchętniej nad morze. Niestety polskie morze odpadało, choć uwielbiamy klimat Helu i Trójmiasta (klimat - czyt. atmosferę tych miejsc). Wiedzieliśmy, że we wrześniu morze jest już po proste zimne i wietrzyste, Piotruś z pewnością nie miałby możliwości wejścia do wody. I tu do głowy wpadła nam, a raczej mojemu ukochanemu mężowi - myśl o ciepłym morzu na południu Europy.

I tu muszę mojego ukochanego Marcina bardzo pochwalić, bo co jak co, ale organizacja wycieczek idzie mu naprawdę wspaniale! :-) Każdą wolną chwilę poświęcał na wyszukiwaniu informacji na temat naszej wrześniowej podróży. A wymagania mieliśmy naprawdę spore: plaża piaszczysta, rozsądne godziny lotu (ze względu na malucha), ciekawa lokalizacja, niezbyt duża odległość z hotelu do morza, pokój z aneksem kuchennym, dobre opinie o hotelu. Było nad czym się zastanawiać - wyjazd udał się wspaniale! Polecieliśmy z biurem podróży Grecos i byliśmy naprawdę zadowoleni.

Polecieliśmy na Peloponez do małej wioski rybackiej Finikounda.


Podróż samolotem minęła nam znakomicie, wzięliśmy dla synka pełno książeczek edukacyjnych z naklejkami, kilka książek i układanek, by podróż minęła mu jak najlepiej. Martwiliśmy się jak wytrzyma dwie godziny lotu siedząc na pupie, ale udało się :-) Gorsza była późniejsza 1,5 godzinna podróż autokarem do hotelu, Piotri już zmęczony przysypiał, a kręte i wąskie drogi sprawiły, że wszyscy mieliśmy już serdecznie dość tej podróży. Hotel zachwycił nas jednak, otrzymaliśmy "kawalerkę" o 50 m2 z aneksem kuchennym i wspaniałym widokiem z tarasu. Oczywiście zdjęcia nie oddają tego piękna ;-)


Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się tego wyjazdu. Nigdy nie byliśmy na tego typu wakacjach. Jednak pobyt udał się wspaniale, każdego dnia spacerowaliśmy po uliczkach Finikoundy, spędzaliśmy czas na plaży, w basenie hotelowym, odbywaliśmy wieczorne spacery uliczkami, gdzie toczyło się "nocne życie". Wypoczęliśmy, temperatura była dla nas w sam raz - nie za gorąco, ok. 28 stopni Celsjusza, ciepłe morze, żyć nie umierać :-) 








A jak bawił się nasz synuś? Piotrusiowi bardzo się podobało, każdy dzień spędzał z mamą i tatą, a to dla niego najważniejsze.  Uwielbiał biegać bo naszym przestronnym pokoju hotelowym, a jednym z jego ulubionych miejsc była "da-ba". Czyli plac zabaw i basen przy hotelu a nade wszystko dziecięcy domek z tworzywa, w którym uwielbiał się bawić. Pilnował aby drzwi były zamknięte, wyglądał przez okno i był przeszczęśliwy. Czasem spotykał tam swojego kolegę - o rok starszego Fabiana, którego przypływy czułości (przytulanki) nieco odstraszały i doprowadzały do płaczu Piotrusia ;-D "Da-ba" była obowiązkowa po i przed posiłkiem (mieliśmy wykupione śniadania i obiado-kolacje w hotelu), a także po każdorazowym powrocie do hotelu.
Morskie fale przerażały Piotrka, nie chciał w ogóle wejść do morza, jednak w ostatnie dwa dni naszego pobytu, kiedy fale były minimalne, udało mi się kamykami zaciągnąć synka do morza. Jedyny dyskomfort w morzu odczuwaliśmy z powodu podgryzających nasze łydki rybek. Bardzo lubił bawić się w piasku na plaży. W basenie było już dużo lepiej bo nie było w nim fal :-) Kupiliśmy synkowi specjalne kółko - siedzisko do wody, niestety Piotruś za żadne skarby nie chciał w nim siedzieć, hehe ;-D No i synek był ogromnie zainteresowany palmami, czyli "papam".




Jedzenie hotelowe nie do końca przypadło nam do gustu, nie mamy nic do zarzucenia obsłudze hotelowej. Jednak słodko-kwaśne smaki niezbyt nam smakowały i obiado-kolacja była dla nas zbyt późno, bo o 19.30. O tej porze mieliśmy ochotę bardziej na lekkie posiłki. Dlatego stwierdziliśmy, że w naszym przypadku lepszym rozwiązaniem byłoby zdecydować się na śniadania, obiad zjeść w wiosce, a kolację już samemu w pokoju hotelowym. Oczywiście będąc w Grecji koniecznie chciałam spróbować słynnej greckiej sałatki. Ogromnie nam ona smakowała! Po prostu pychota, do tego chlebek, woda mineralna i nic więcej nie trzeba. Dodam, że porcje podają w Grecji przeogromne, dlatego kolejnym razem zamawialiśmy posiłki po jednej porcji na naszą trójeczkę :-) 

Bardzo lubiliśmy nasze wieczorne spacery po uliczkach Finikoundy. Grecy są bardzo przyjaźni i otwarci (przynajmniej tam, gdzie byliśmy), wieczorami kwitnie w tawernach życie towarzyskie, jest gwarno i radośnie. Na uliczkach frontem do przechodniów zasiadają na krzesłach ludzie i rozmawiają, przyglądają się turystom bez żadnych krępacji :-) Nasz synek również bardzo lubił spacery, szczególnie, że uwielbia jeździć w swojej spacerówce (trochę mnie to akurat martwi, wolałabym żeby więcej chodził).

Na dwa dni wypożyczyliśmy auto aby zwiedzić okolicę. Jest to dobre choć niestety drogie rozwiązanie dla osób, które z pewnych względów nie mogą bądź nie chcą korzystać z wycieczek fakultatywnych. Finikounda jest małą wioską rybacką, więc po czterech dniach troszkę nam się zaczęło nudzić i postanowiliśmy zobaczyć co znajduje się w okolicy.
Jednego dnia pojechaliśmy do Pylos oraz na piękną plażę Voidokilię. Natomiast drugiego dnia zwiedziliśmy ruiny zamku w Methoni oraz w Koroni. Ruiny zamku były malownicze, piękne i przerażające, a dlaczego? Dlatego, że niektóre miejsca były niezabezpieczone (w Polsce to by chyba nie przeszło), brakowało informacji o niebezpieczeństwie. Piotrusia trzymał mąż na rękach albo mógł chodzić tylko za rękę, ponieważ było kilka takich miejsc, z których bez problemu mógłby wpaść do morza. Było pięknie, choć naprawdę (jak dla mnie) przerażająco.
Tutaj Methoni:




Śmiać mi się chciało, bo nasz kochany synuś tam gdzie bezpiecznie to na nóżkach nie chciał spacerować, a z krzykiem wyrywał się z rąk w tych miejscach, które były niebezpieczne, nierówne i pochyłe ;-D

A tutaj przepiękny widok z ruin zamku w Koroni:


W Koroni zabezpieczenia już na szczęście były, ale sama przepaść i widok sprawiły, że byłam zachwycona i przerażona zarazem :-)

I tak tydzień minął jak sen, jak to zwykle bywa na urlopie. Mamy jednak co wspominać, było fantastycznie!

Buziaki dla wszystkich czytelników :-*
 

piątek, 28 sierpnia 2015

Nibylandia w Katowicach

Pewnego niedzielnego popołudnia na dobre się rozpadało, nie chcieliśmy całej niedzieli przesiedzieć w domu, dlatego zaczęliśmy się zastanawiać co robić. Gdzie pojechać, jak spędzić razem czas? Wybór padł na salę zabaw Nibylandię w Katowicach. Nigdy tam nie byliśmy i nie wiedzieliśmy, czy Piotrusiowi się spodoba, czy atrakcje będą dostosowane do jego możliwości. Mąż jednak zasięgnął opinii w internecie i dowiedział się, że są tam dwie sale, jedna dla mniejszych a druga dla starszych dzieci. Postanowiliśmy więc - jedziemy :-)

Nibylandia została stworzona w klimacie Piotrusia Pana, znajdują się tam Las Elfów, Statek Piratów, zjeżdżalnie, tory przeszkód, automaty do gier - ogromnie nam się podobało, ale co tam nam - najbardziej podobało się Piotrusiowi :-) Jak tylko weszliśmy do środka i zostawiliśmy swoje rzeczy w zamykanej szafce, synek pobiegł czym prędzej do salki dla maluchów i od razu zaczął się wspinać. Ja natomiast nie wiedziałam co mam robić, bo Piotruś nie potrzebował w tym miejscu żadnej asekuracji :-)) Zobaczcie sami:




W sali było też pełno zabawek, stoliczek do kolorowania z kolorowankami, zabawki na biegunach i jeździki. Po około 30 minutach, zaczęło nam się jednak troszkę nudzić i synkowi również - sala nie jest zbyt duża i było w niej dosyć duszno. Przeszliśmy zatem do większej sali z 6- poziomową konstrukcją - jej! Super! Choć wiadomo, że Piotruś jeszcze za mały, jednak miał tam co robić ;-) Zjeżdżał ze zjedżalni z piłeczkami, skakał na dmuchanym materacu i pokonywał tor przeszkód.





Jeżeli jesteście ciekawi jak wygląda duża sala zabaw, to pod tym linkiem znajdziecie galerię zdjęć Nibylandii.
W pewnym momencie zrobiliśmy się bardzo głodni i poszliśmy do bufetu, który znajduje się w dużej sali. Mieliśmy ochotę na obiad, jednak widzieliśmy same słodkości. Okazało się jednak, że można spokojnie zamówić też ciepłe dania - tutaj uważam, że zdecydowanie brakuje w bufecie dużej listy menu, umieszczonej w widocznym miejscu. Długo czekaliśmy na posiłek, ponieważ było bardzo dużo ludzi i Piotruś zrobił się śpiący. Na szczęście nie usnął nam, zasnął dopiero w drodze powrotnej.

Bardzo podobało nam się w Nibylandii, choć przyznam, że sale zabaw są dosyć kosztowne, szczególnie jeśli przyjść z więcej niż jednym dzieckiem, a na dodatek każdy głodnieje i ma chęć coś zjeść - swojego jedzenia nie można wnosić na teren Nibylandii.

A teraz informacyjnie:
Sala Zabaw dla Dzieci "NIBYLANDIA"
ul. Pawła Kołodzieja 44; Katowice-Murcki
tel.: + 48 32 209 77 44

tel.kom. 502 694 343 

Cennik można znaleźć tutaj. 

Czy chodzicie z dziećmi do sal zabaw, jakie macie opinie na ich temat?

środa, 5 sierpnia 2015

Rekolekcje w Krościenku nad Dunajcem

Pod koniec czerwca wyjechaliśmy w trójkę na długo wyczekiwane wakacje. Wakacje dosyć nietypowe, ponieważ były to rekolekcje Domowego Kościoła pierwszego stopnia w Krościenku nad Dunajcem.

Zapraszam więc serdecznie na relację :-)

Oboje z mężem 1,5 roku temu przystąpiliśmy do Ruchu Światło - Życie, a dokładnie do jego rodzinnej gałęzi, czyli Domowego Kościoła. Co miesiąc spotykamy się z naszym kręgiem, który stanowi 5 małżeństw oraz ksiądz, modlimy się razem, rozważamy Pismo Święte, rozmawiamy, przyjaźnimy i wspieramy :-) Nieodłączną i bardzo ważną częścią naszego ruchu jest udział w rekolekcjach. W tym roku po raz pierwszy pojechaliśmy na 15-stodniowe rekolekcje do malowniczej miejscowości Krościenko nad Dunajcem.
Wątpliwości było sporo, przede wszystkim baliśmy się o naszego synka, o jego problemy skórne (czy się nie zaostrzą pod wpływem innej kuchni) a przede wszystkim o to, czy będziemy w stanie uczestniczyć, skupić się i właściwie przeżyć wszystkie spotkania, konferencje, modlitwy, nabożeństwa i msze święte. Wiedzieliśmy jednak, że jeśli zawierzymy wszystko Bogu, to będzie dobrze :-)

Podróż minęła nam bez żadnych problemów, Piotruś już bardzo dobrze znosi podróże autem z czego bardzo się cieszymy.  Pierwsze dni były dla nas dosyć ciężkie. Po pierwsze sami musieliśmy się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu i dostosować do narzuconej organizacji czasu. Z tym czasem to w pierwszym dniu było tak, że nawet nie było kiedy zmienić synkowi pieluchy pomiędzy poszczególnymi punktami programu. Jednak organizatorzy szybko wprowadzili właściwe poprawki w programie dnia i nie było już później problemów z wzięciem krótkiego oddechu, czy napiciu się kawy ;-) Piotrusiowi również ciężko było w pierwszych dniach, a nawet bardzo ciężko. Nagle rodzice go budzą o 6.40 rano (na poranną modlitwę), przebywa w obcych dla niego miejscach, nie może się bawić głośno w kaplicy, czy bazylice podczas codziennej mszy świętej. Pełno ludzi, pełno dzieci - Piotruś był bardzo rozgoryczony, bał się, dużo płakał i bez przerwy chciał ssać pierś (szukał poczucia bezpieczeństwa). Gdy podchodziło do niego jakieś dziecko - wpadał w histerię, a o pozostaniu pod opieką opiekunów nie mogło być mowy. Bardzo było mi żal synka, jednak modlitwa do Ducha Świętego bardzo pomogła. Po dwóch dniach kryzysu było coraz lepiej z każdym dniem - wszyscy oswoiliśmy się w nowym otoczeniu, z nowymi ludźmi i przystosowaliśmy się do nowych warunków :-)





Codziennie po obiedzie mieliśmy tzw. "czas dla rodziny" - około 3,5 godziny, które mogliśmy poświęcić na rodzinne wycieczki. Dzięki temu podczas tych dwóch tygodni był też czas na rodzinny, aktywny wypoczynek, który bardzo lubimy. Pakowaliśmy swoje manatki i ruszaliśmy pieszo lub autem na wycieczkę, Piotruś zawsze bardzo się cieszył z każdej wyprawy ;-) Pierwsze dni spędziliśmy w Krościenku, zabieraliśmy synka na place zabaw, żeby mógł wyszaleć się do woli, chcieliśmy aby był to specjalny czas dla niego, szczególnie po trudnych początkach adaptacyjnych. Plac zabaw był bardzo fajny: specjalna drewniana ciuchcia dla maluchów i "tor przeszkód" ze zjeżdżalnią, czyli to co Piotrek uwielbia :-)
Kolejne dni spędzliśmy w Szczawnicy na spacerze, na plaży koło Zamku w Niedzicy (niestety woda bardzo zimna, a plaża kamienista). Zaliczyliśmy również wąwóz Homole (CUDOWNIE), wejście (wymagające ale wyprawa CUDOWNA) na Sokolicę a także wjazd kolejką na Palenicę w Szczawnicy, gdzie Piotruś razem z Tatą po raz pierwszy zjechał torem saneczkowym. Bałam się o Piotrka, o to, czy mu się będzie podobało, ale na zdjęciach był cały rozpromieniony :-)) Bardzo miło wspominamy również naszą ostatnią wycieczkę pieszo doliną Dunajca w stronę Czerwonego Klasztoru - widoki PRZEPIĘKNE, przeszliśmy się kawałeczek słowacką stroną.

Krościenko

Krościenko
 
Krościenko


Widok na Tatry

Plaża w Niedzicy

Wejście na Sokolicę

Sokolica

Wąwóz Homole

Palenica

Tor saneczkowy na Palenicy

Słowacja - przełom Dunajca

Podczas rekolekcji Piotruś NIESAMOWICIE się rozwinął, było to dla nas ogromnie zaskakujące. Przede wszystkim polubił dzieci, na początku bał się ich i wpadał w histerię jak tylko któreś z dzieci podchodziło do niego. Potem sam przytulał się do dziewczynek, wyciągał do nich rączki, przestał się bać, szczególnie "wpadła mu w oko" 4-letnia Hania ;-D, oboje przepadali za sobą. Cudownie było patrzeć na te wszystkie zmiany. Starsze dzieci bardzo nam też pomagały, zajmowały się Piotrusiem, opiekowały nim, prowadzały go, dzięki czemu chwilami mogliśmy spokojnie porozmawiać z uczestnikami rekolekcji, czy dojeść w spokoju posiłek. Piotrusia codziennie otaczał wianuszek dziewczynek w różnym wieku, także powodzenie miał ;-D Jedną z ważniejszych zmian tego czasu było to, że Piotrek zaczął CHODZIĆ! To znaczy on wcześniej chodził kilka kroków i raczkował na zmianę, a pewnego dnia stwierdziliśmy z Marcinem: "zobacz, on przecież cały czas chodzi, przestał już raczkować"! I Piotruś potrafił odejść od nas naprawdę spory kawałek, na szczęście teren był duży, bezpieczny (nie licząc żmij :-P) i ogrodzony. Piotruś przesypiał wszystkie noce (ha, wreszcie synek śpi w nocy, a myślałam, że stanie się to dopiero po odstawieniu od piersi - myliłam się jednak) i nabawił się dużego kataru podczas gdy inne dzieci i uczestnicy mieli gorączkę, anginę, przeziębienie. Piotruś uroczo podrygiwał też podczas gdy śpiewaliśmy przy akompaniamencie gitary :-)

Czas rekolekcji był cudownym, błogosławionym i wyjątkowym czasem, stwierdziliśmy, ze były to nasze najlepsze wspólne wakacje, bo spędzone z Bogiem i ze sobą nawzajem oraz innymi ludźmi, którzy stali się dla nas bliskimi. Na tych rekolekcjach wszędzie czuliśmy MIŁOŚĆ, której tak często brakuje w dzisiejszym świecie między ludźmi. Duchowe baterie zostały naładowane i przyszedł czas powrotu, smutny czas powrotu do rzeczywistości, która nie jest usłana różami, kiedy każdego dnia trzeba walczyć o czas na modlitwę, na rozmowę ze sobą, o cierpliwość, kiedy trzeba walczyć ze samym sobą i swoimi słabościami. Jednak mamy siły! Jest z nami Bóg i Jego się trzymamy! :-) Teraz jest czas aby dzielić się Dobrą Nowiną z drugim człowiekiem.

P.S Dodam jeszcze, a propos moich obaw o problemy skórne Piotrka - w trzecim dniu pobytu wszystkie zmiany skórne ZNIKNĘŁY, a jadał dokładnie to, co my.
Powrót minął nam niesamowicie spokojnie, jechaliśmy tylko 2,5 godziny do domu, a zmęczony synuś przespał całą drogę :-)

Chwała Panu!



piątek, 10 kwietnia 2015

Projekt TAK SOBIE POZNAJĘ, czyli Halo, tu Ziemia!

W miesiącu marcu realizowaliśmy z Piotrkiem temat dotyczący naszej kuli ziemskiej w ramach projektu Tak sobie poznaję :-)

Ponieważ stwierdziłam, że mój synuś jest za mały na zrozumienie czym jest nasza planeta, to skupiliśmy się na poznawaniu otaczającego nas świata - piasku, wody. 

Podczas cieplejszych dni wybrałam się z synkiem na pobliski plac zabaw i pokazałam mu piaskownicę. Piotruś miał okazję zobaczyć i posmakować piasku - dodam, że z tego ostatniego nie byłam zadowolona, no ale trudno ;-) Synkowi ogromnie spodobał się piasek! A szczególnie branie go do buzi i raczkowanie po nim. 



Z tematem wspaniale zgrała się nasza kilkudniowa wycieczka na początku marca do Białki Tatrzańskiej. Pojechaliśmy tam w czwórkę razem z teściową, która opiekowała się naszym Maluszkiem kiedy razem z mężem szusowaliśmy po stokach. Piotruś miał okazję po raz drugi być w górach! Przy okazji opowiem Wam troszkę jak wyglądał nasz pobyt :-)

Ponieważ rok temu nie byliśmy z Marcinem nigdzie na nartach (ja w ciąży a i pogoda mało zimowa) bardzo zależało nam by w tym roku nadrobić zaległości. Bardzo lubimy Białkę ze względu na warunki zimowe i rozbudowane trasy narciarskie. Jednak jeszcze w styczniu gdy planowaliśmy wypad mieliśmy bardzo duże wątpliwości co do jego powodzenia ponieważ Piotruś miał taki okres, że nie chciał się ze mną rozstawać. Baliśmy się, że nie będzie chciał spędzać czasu ze swoją babcią, że nie będzie umiał zasnąć bez Mamy. Postanowiliśmy jednak, że mimo wszystko jedziemy, może się uda..No i udało się :-) Jak tylko synek zaczął pełzać do przodu a potem raczkować z radością spędzał po kilka godzin czas z teściową ponieważ już dużo rzeczy zaczęło go interesować. Nauczył się u babci zasypiać i budzić z uśmiechem także powiem Wam REWELACJA :-))

Wyjazd udał nam się lepiej niż się tego spodziewaliśmy. Mąż korzystając z informacji w serwisie Dzieciochatki znalazł przyjazny dla dzieci ośrodek Białczański Dworek, gdzie były krzesełka dla dzieci, łóżeczko turystyczne, wanienka, przestronny pokój oraz bawialnia na dole no i oczywiście pyszne jedzonko. Dodam, że Piotruś przepięknie zajadał śniadania - wszyscy byli zachwyceni jego apetytem :-) Bardzo spodobała się nam i oczywiście synkowi bawialnia, ponieważ nie musiał ciągle bawić się w swoim pokoju, a tam było pełno zabawek i domek i zjeżdżalnia :-) 



Każdego dnia jeździliśmy po śniadaniu na nartach po 2 lub 4 godzinki a potem wracaliśmy do ośrodka. Wzięliśmy też raz synka na sanki, niestety bał się i czuł niepewnie, ale za to mógł poczuć co to takiego śnieg.






Wybraliśmy się też czwórką na baseny termalne do Bani. Uwielbiamy relaks w cieplutkich wodach, tym razem po raz pierwszy byliśmy z malutkim dzieckiem. Udaliśmy się z nim do strefy przeznaczonej dla małych dzieci aby go oswoić z nowym otoczeniem. Było dosyć głośno i Piotruś był lekko oszołomiony, nigdy nie był w takim miejscu. Troszkę pobawił się w wodzie  po czym włożyliśmy go do specjalnego fotelika wodnego (przypominającego koło ratunkowe) i poszliśmy na głębsze wody basenu ;-) I tutaj synek rozweselił się, choć szybko zmorzył go sen :-) Myślę, że przyczyną były nowe wrażenia, których doznał i ciepłe oraz wilgotne powietrze. Szkoda, że nie mieliśmy jak zrobić zdjęć, jednak wspomnienia mamy naprawdę fajne.

Byliśmy też na wycieczce w Zakopanem - wjechaliśmy razem na Gubałówkę, gdzie synek mógł zobaczyć kucyki i konie :-) Oczywiście była fotka z widokiem na piękny Giewont.


Pozdrawiam ciepło i wiosennie ;-)


piątek, 14 listopada 2014

Odwiedzamy Katowice

Katowice to moje rodzinne miasto - tu się urodziłam, wychowałam, uczyłam i mieszkałam przez 18 lat. Mam do tego miasta duży sentyment. Lubię je odwiedzać i zaglądać w znane kąty.

Pewnego dnia postanowiliśmy w trójkę pojechać do Muzeum Śląskiego w Katowicach zwiedzić wystawę o designie na śląsku. Oczywiście zabraliśmy ze sobą Malucha aby i on już od najmłodszych lat miał kontakt ze sztuką. No dobra, tak naprawdę to po prostu Piotrusia nie da się z nikim zostawić, bo tak tęskni za mamą :-) więc jeździ wszędzie z nami :-)) Dawno nie byłam w Katowicach i zauważyłam bardzo dużo pozytywnych zmian. Ulica 3 Maja z wyremontowanymi torami tramwajowymi, nowymi kafejkami, nowoczesnymi wiatami na przystankach oraz z kontrowersyjną dominującą bryłą Galerii Katowickiej i donicami z kwiatami wygląda rewelacyjnie! Aż miło :-)) Teraz czekać tylko na efekty przebudowy rynku, zapowiada się naprawdę ciekawie. Zawsze brakowało mi w tym mieście miejsca, gdzie można spokojnie usiąść, odpocząć tak jak na rynku w Krakowie, czy Wrocławiu. Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni i chętnie będziemy odwiedzać Katowice. Do Muzeum Śląskiego zrobiliśmy sobie spacerek. Piotruś spokojnie przyglądał się miastu.

Spacerek ulicą 3-go Maja

Ulica 3-go Maja

Kofeina bistro przy ulicy 3-go Maja

Odrestaurowany tramwaj - cudny widok!

Gdy dotarliśmy do Muzeum zwiedziliśmy ciekawą wystawę o designie na Śląsku, można było zobaczyć ciekawe realizacje fotelików dziecięcych, plakatów, systemów identyfikacji wizualnej i mebli.




Przy okazji dowiedzieliśmy się, że trwa również wystawa pt: "Lale, misie i koniki" - czyli wystawa zabawek dla dzieci. Najstarsze z nich pochodzą z XIX wieku, a najmłodsze z lat 80. XX wieku. Nie mogliśmy sobie i naszemu synkowi odmówić tej wystawy :-) Bardzo nam się ona podobała, zobaczyliśmy wiele zabawek, którymi bawiliśmy się z mężem w dzieciństwie, a o których już dawno zapomnieliśmy.







Wystawa była również uzupełniona o zdjęcia archiwalne. 
A czy Wy zwiedzacie ze swoimi dziećmi wystawy? Jestem ciekawa Waszych opinii :-) Nasz Piotruś jeszcze malutki, więc nic nie wie z tego, co widział, ale chcemy zaszczepić w nim bakcyla podróżniczego.